Projekt vs rzeczywistość

35

Każda jednostka ludzka jest jednostką odrębną: posiada szereg przymiotów, których podłoże jest często trudne do zdefiniowania: geny, środowisko, kultura, religia. Jednak już nasz włochaty przodek zorientował się, że warto tę odrębność poświęcić na rzecz bezpieczeństwa i nie zostać zjedzonym przez wilki. To przewartościowanie doprowadziło do życia stadnego, które uskuteczniamy do dziś, ale często coraz bardziej nas uwiera. Chyba pora przypomnieć sobie, że w dzikiej puszczy dla buntowników nie ma ratunku.

Powojenne budownictwo mieszkaniowe miało prosta dewizę: jak najwięcej ludzi na jak najmniejszej powierzchni. Ciasna nora w bloku była standardem i nikt nawet nie narzekał, tysiące ludzi nie miało nawet i tego. Tymczasowość okazała się wizją co najmniej utopijną, chyba ze można liczyć ją w dekadach. Ludzie powoli zapominali o krwi i strachu, zaczynało im być niewygodnie, chcieli żyć normalnie w dobrych warunkach, szczęściu i dobrobycie (wiadomo). W Holandii ów sprzeciw zmaterializował się w nowych projektach osiedli o niskiej intensywności, które w założeniu miały być przeciwieństwem tych robionych na szybko i w powojennym popłochu, dać ludziom wszystko czego mogą potrzebować. Planowanie rozpoczęto od analizy występujących wcześniej niedogodności, najbardziej dokuczał brak możliwości integracji i przestrzeni wspólnych, brak zieleni, minimalny metraż, monumentalna skala budynku bez kontaktu z otoczeniem, unifikacja itp. Zamieniając wymienione wady na ich antagonizmy otrzymamy przepis na “ludzkie” osiedle, którego przykładem jest Bloemkoolwijk.

Idee były szczytne i w dużym stopniu udało się je zrealizować: małe szeregowe domki o różnych metrażach i kształtach łączone przestrzeniami wspólnymi, wypełnione zielenią, brak ogrodzeń i zminimalizowany ruch samochodowy. Na początku wszystko nawet grało, ludzie spędzali czas wspólnie, dzieci się bawiły, w końcu było to coś, czego przedtem brakowało. Jednak jak to zwykle w takich bajkach bywa, za tym co już posiadamy nie tęskni się tak bardzo a i szybko potrafi się znudzić. Technologiczne i gospodarcze zmiany niemal zrujnowały piękne projektowe idee i sprawiły, że ludzie bardziej zaczęli doceniać prywatność, ciszę i spokój zamiast nadmiernej integracji.

Architektom wielu zmian nie udało się przewidzieć. Pierwszą z nich był gigantyczny wzrost popularności samochodu, a co za tym idzie konieczność wydzielenia odpowiedniej ilości miejsc parkingowych, które dla mieszkańców są sprawą kluczową. Jeżeli nie zostaje to przewidziane, mieszkańcy radzą sobie sami zajmując pobliskie place i trawniki, co oczywiście zaburza odbiór projektu i niszczy jego założenia.

Kolejnym niespodziewanym zjawiskiem okazał się zwrot w kierunku prywatności. 40 lat temu sąsiedzi byli podstawowym źródłem rozrywki, bo ludzie nie mieli po prostu nic lepszego do roboty. Teraz mamy telewizję, Internet, szybko i łatwo możemy dostać się do miasta, do kina, do centrum handlowego, bez problemu kontaktujemy się ze znajomymi. Nasze życie przestało być nierozerwalnie związane z miejscem zamieszkania, co oczywiście nie oznacza, że przestaliśmy o nie dbać. Wszelkie inicjatywy są nadal widoczne, ale za płotem i we wnętrzach wygłaskanych domków – to co dzieje się naokoło w zasadzie nikogo nie obchodzi. I właśnie ten płot jest kolejnym elementem spornym. Bloemkoolwijk zostało zaprojektowane jako osiedle bez barier, przestrzeń pomiędzy domkami miała być półpubliczna, co okazało się smutną utopią. Ludzie potrzebują ostrych granic, prywatności, szansy na uniknięcie osób z zewnątrz. I znowu, jeśli nie zostanie im to zapewnione, najpewniej znajdą na to sposób rozwalając w pocie czoła planowaną spójność i estetyczny ład założenia.

Historia po raz tysięczny zatoczyła koło, zaczynamy hołubić to, co wcześniej z pogardą odrzuciliśmy. Multimedialne zabawki powoli nam się nudzą i tęsknimy za kontaktem z drugim człowiekiem, przestrzenie wspólne wracają do praktyk projektowych. Pojawia się jednak pytanie czy architektura posiada moc zmieniania ludzkiego życia, edukowania i w efekcie poprawy sytuacji społecznej, czy jest za słaba w obliczu prywatnych inicjatyw, dobudówek i parkowania na trawnikach?

Osiedle Bloemkoolwijk pokazuje cały wachlarz problemów, które pojawiają się przy zderzeniu projektu z rzeczywistością. Architekt i urbanista mają piekielnie trudne zadanie do wykonania i muszą czasem być bardziej badaczami niż projektantami. Każdy plan musi opierać się na wiedzy socjologicznej, znajomości kontekstu historycznego i kulturowego, zrozumieniu potrzeb ludzi, co i tak nie zawsze wystarcza w obliczu nieznanej nam przecież przyszłości – elastyczność i możliwość przeprowadzania szybkich zmian jest na wagę złota. Nie da się narzucić nawet chwalebnych i szczytnych zasad i wierzyć, że społeczeństwo z pokorą je przyjmie i będzie zachowywać się w zaplanowany przez nas sposób. Niezadowoleni mieszkańcy nie będą myśleć o całym kompleksie, ale tylko i wyłącznie o sobie i zrobią wszystko, żeby było im po prostu wygodnie. Każda niezaplanowana a potrzebna rzecz, zawsze w jakiś sposób ostatecznie się materializuje. Nawet jeśli branża i media zawzięcie krytykują te robione na własną rękę wątpliwej jakości poprawki, trzeba niestety przyznać, że w dużej mierze jest to po prostu wina architektów.

Sądzę, że architektura posiada moc poprawy ludzkich zachowań, zmiany ich złych nawyków czy pokazania im lepszego sposobu na życie i integrację, ale musi być to zrobione w sprytny sposób. Po pierwsze musimy zaspokoić ich wszystkie podstawowe potrzeby, wyprzedzić ich hipotetyczne ruchy i dopiero wtedy detalami, dobrze funkcjonującymi elementami, fajnie zaprojektowanym placem czy stojącą w dobrym miejscu ławką skłonimy ich do konkretnych zachowań. Cały czas muszą czuć, że nic nie jest im narzucane, że mają wybór – sukcesem projektowym i psychologicznym będzie postawienie na nasze rozwiązanie.

Projekt vs rzeczywistość

One thought on “Projekt vs rzeczywistość

  1. Problem w tym wszystkim, w mojej opinii jest taki, że ludzie zatarli pojęcie umiaru. Jest myślenie “chcemy mieć święty spokój” to budują domy z grubymi ścianami, z dala od placów zabaw, czy miejsc kulturalnego życia społeczności, a gdy przychodzi “fajnie by było lepiej znać sąsiadów” to sytuacja idzie w drugą stronę.

    Bujamy się jak wielki okręt na falach. Nie ma spokojnego, wyważonego myślenia, brania pod uwagę ludzkiej zmienności. ZMIENNOŚĆ to drugie (zaraz po UMIARZE) słowo klucz, które trzeba uszanować i postarać się stworzyć dla niej przestrzeń bez konieczności wielkich reform, przekształceń w różnych okresach dziejów.

    Może jestem idealistą, ale gorąco wierzę w to, że jest to możliwe. Tylko chyba jeszcze się nie doczekaliśmy geniusza, który by taką przestrzeń stworzył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *