Serio, to jest lepsze niż LEGO

*zainspirowane książką: „Jak oni pracują” Agaty Napiórskiej

Książka „Jak oni pracują” to jedna wielka anegdota – krótkie i miłe teksty o codziennych bzdurach, jak mycie garów czy picie herbaty. Jedni dłubią w nocy, inni pracują rano, są ci systematyczni i ci pogrążeni w chaosie, niektórzy chodzą na spacery psem a inni nie mają psa (szok). Patrząc na to racjonalnie, trudno oprzeć się wrażeniu, że to przecież w ogóle nie ma znaczenia i w zasadzie nie powinno nikogo obchodzić, ale będąc chociaż trochę w tych samych butach i tak samo męcząc się z samym sobą, takie głupoty przynoszą ulgę. I cholernie mobilizują do pracy.

Zainspirowana pomysłem, spróbuję przeanalizować swój w miarę standardowy dzień, zajrzę trochę do wnętrza mózgownicy i może dzięki temu uda się coś ulepszyć. Chociaż jedyny morał z bajki Agaty Napiórskiej jest prosty: każdy jest inny i każdy sposób jest dobry.

Dzień pracy:

Odkąd poza studiowaniem pracuję jeszcze w biurze projektowym, jakakolwiek regularność wyginęła. Ilość zadań i spędzonych poza domem godzin, sprawia, że jestem po prostu zmęczona a razem ze mną moja wewnętrzna samodyscyplina. Dlatego częściej pozwalam sobie na dłuższe spanie, do 8 a nawet 9, zdarzają mi się drzemki po powrocie z szychty i staram się nie mieć w związku z tym jakichś większych wyrzutów sumienia. Wiem, że jak będę śpiąca to gówno zrobię. Rano jakoś zwlekam się z łóżka, nigdy przesadnie entuzjastycznie, uwielbiam leżeć już po obudzeniu, ogarnięcie się zajmuje mi od pół godziny do 45 min. Potem wychodzę – do szkoły albo pracy, czasem jedno i drugie, zależy co jest do zrobienia.

Myślę, że idealnym przykładem mojego funkcjonowania w sposób dowolny i nieuzależniony od żadnych instytucji, był styczeń tego roku, kiedy wzięłam sobie wolne i od 3 stycznia do 3 lutego produkowałam pracę inżynierską. 2 razy w tygodniu jeździłam na spotkania z promotorem, zwykle zajmowało mi to 2-2,5 godziny i z powrotem do kompa. Był to bardzo intensywny i bardzo męczący okres, ale teraz tęsknię za możliwością skupienia się na jednej rzeczy. Sam tok studiów, ich formuła, polega na czymś zupełnie odwrotnym – zazwyczaj dwa większe projekty plus rozliczne rozpraszające drobiazgi, polscy studenci zdecydowanie cierpią z racji nadmiaru przedmiotów. Uczy to pewnej elastyczności, szybkości podejmowania decyzji, ale ostatecznie okazuje się, że brakowało czasu na samo myślenie, rozważanie opcji i wychodzi z tego raczej gówno. Ale na studiach nie ma to znaczenia, projekt się oddaje, dostaje się to 4,5 i ciufcia jedzie dalej. Wtedy, w styczniu, nie miałam jakiegoś luzu, ale sam fakt, że nic mnie nie rozpraszało sprawił, że te analizy rzeczywiście miały miejsce . Jak się robi jedną rzecz, nie traci się czasu na ponowne „wkręcanie”, projektem się żyje, kładzie się z nim spać, a nawet śpi i potem rano od nowa. W czasie studiów zrobiłam kilkanaście koncepcji, ze wszystkich byłam raczej zadowolona, ale dyplom to moje prawdziwe dziecko, moja fascynacja architekturą przeniesiona na papier.

 Po powrocie z pracy/szkoły muszę odpocząć. Tzn. najpierw jem a potem jest odmóżdżanie – wygląda ono różnie, ostatnio oglądam snapy, jakieś krótkie filmiki, obrazki, klasyczny bajzel internetu. Nie jest to najlepsza opcja, czasem mnie potem boli głowa, nie można cały dzień gapić się w cholerny ekran. Alternatywą jest drzemka – trochę marnowanie dnia, młodości, potencjału, ale potem mi się lepiej żyje. Po odmóżdżaniu, które w zależności od nastroju i ilości pracy do zrobienia może trwać pól godziny albo nawet 3, przychodzi pora na pracę. I to jest ten przykry moment, bo przecież te swoje podstawowe roboczogodziny już wyrobiłam, a to trzeba jeszcze. Czasem nawet się buntuje, lamentuje jaka to jestem biedna, a świat niesprawiedliwy, że mogłam zostać fryzjerką, ale ostatecznie zabieram się za robotę. Pracuję tyle, ile muszę, jeśli nie muszę, robię trochę rzeczy dla siebie – teksty na bloga, czytanie, szukanie zdjęć, rozwijanie mózgu. Nawet jeśli roboty jest sporo to nie zarywam nocy – sen jest kluczowy (*edit: ostatnio mi się zdarzało, do tej pory jestem w szoku, że to przeżyłam), kończę rano, czasem w biegu, ale jeszcze nigdy nie zawaliłam terminu.

Miejsce pracy:

Studia zaczynałam od pracy przy biurku – miałam komputer stacjonarny i niestety fatalne krzesło, często bolały mnie plecy. Jak trzeba było stać dłuższą chwilę, to się musiałam o coś oprzeć jak stary dziad. Odkąd mam laptopa pracuję w o wiele mniej prawidłowy sposób, bo na kanapie, na siedząco z wyciągniętymi nogami, ale plecy przestały boleć. Ciekawe czy to oznacza trwałe zniekształcenie kręgosłupa czy po prostu jest mu wygodnie.

Moje miejsce pracy jest raczej zabałaganione: rysunki, wydruki, pisaki, czyste kartki do notowania i myślenia, książki + herbata, którą zazwyczaj robi mi kochana siostra, o której zazwyczaj zapominam i dlatego piję zimną. Lenistwo sprawiło, że przestałam używać cukru a herbata jest piekielnie mocna – teraz nie byłabym już w stanie wypić słodkiej.

System pracy:

Uwielbiam robić listy zadań, a potem to, co zrobię wykreślać. Sprawia mi to dużą satysfakcję, czasem znajduje takie kartki z początku danego projektu i się śmieję ze „starej” siebie, że tak mało miała zrobione. Ale jest to raczej kompulsywne, czasem po prostu mam potrzebę organizacji, uprzytomnienia sobie na jakim jestem etapie, zapisania czegoś w kalendarzu, a później przez 3-4 tygodnie radzę sobie z samą głową.

Podczas pierwszego etapu, czyli pracy koncepcyjnej, jest bardzo dużo rysowania i pisania. Wszystkie pomysły rozrysowuje na schematach, miliony strzałek, kolorów, w ten sposób dochodzę do konkretnych rozwiązań. Wszystkie problemy, które mam w danym momencie, również kilkukrotnie spisuję, żeby na pewno o czymś nie zapomnieć. Na tym etapie potrzebne są pomysły, najlepiej dużo i możliwie jak najlepszych, dlatego spędzam godziny na oglądaniu architektury. Nie analizuję przesadnie tego co widzę, po prostu czasem zobaczę rozwiązanie, którego potrzebowałam, albo może mi się przydać i reinterpretuję to na własne potrzeby. To jest impuls, coś co mnie przyciąga – wiem, że jeśli teraz zrobiło wrażenie na mnie, może zadziałać i w moim projekcie. Na tym etapie ważny jest główny pomysł, jakiś punkt zaczepienia, lubię jeśli za każdym budynkiem coś stoi, coś ciekawego, innego, jakaś wartość. Jeśli nie uda się niczego wymyślić, to można liczyć na olśnienie przy bardziej szczegółowym rozwiązywaniu obiektu, ale jeszcze nie widziałam, żeby sam układ pomieszczeń czy mebli, a nawet najwspanialsza elewacja miały w sobie tę potrzebną moc.

Projekty studenckie są o tyle wyjątkowe, że nie dotykają spraw przyziemnych. Zakres obejmuje jedynie romantyczne prace koncepcyjne oparte o budowlany common sense, bo o wielkiej wiedzy lub analizie z zakresu konstrukcji czy budownictwa jako takiego oczywiście nie może być mowy. Niedługo kończę studia i już zaczynam za tym tęsknić – te wszystkie pieprzone listwy podłogowe, skrzynki na listy i bramy garażowe, w zasadzie nie mają znaczenia, tylko jak już przyjdzie się nad tymi detalami zastanowić, to włos się na głowie jeży. Czasem mnie bawi, ile rzeczy z moich budynków z krainy tysiąca i jednej nocy, w rzeczywistości by odpadło ze względu na cenę, trudności w utrzymaniu, nieefektywność i miliony innych względów. Uczenie się prawdziwego świata jest fascynujące, są to rzeczy, których na studiach po prostu nie ma, ale jak sobie pomyślę, że po ich skończeniu moja ukochana praca koncepcyjna nie będzie już pewnie chlebem powszednim, to mi strasznie smutno. Serio, to jest lepsze niż LEGO.

Jednymi z moich podstawowych cech jest obowiązkowość, ambicja i zawziętość, które na pierwszy rzut oka wspaniale się uzupełniają i mogłabym od razu dostać order pracownika idealnego, ale w rzeczywistości jest to bardzo męcząca mieszanka. Często ujawniają się w sytuacjach podbramkowych, kiedy nie ma miejsca na sentymenty, czyli ostatnio – gigantyczny zakres na oddanie, tydzień czasu i zestresowany człowiek. Ten etap pracy to zupełnie inna bajka niż kolorowe pisaczki i rozmyślanie nad sensem życia. To jest prawdziwa orka, szychta w kopalni i walka z oczami, które chcą się zamykać, a nie ma czasu na spanie. Postanowiłam, że muszę to skończyć i zapieprzałam jak koń pociągowy. Byłam tak skupiona na celu i na tym, że nie mogę odpuścić, że jak już prawie wszystko miałam zrobione, odezwałam się do innych i okazało się, że nie mają takiej spiny i pokażą ile uda im się skończyć (cóż za zdrowe umysły). Nie wiem skąd się to we mnie bierze, boją się odkładania rzeczy na później, a co jak przejmą nade mną kontrolę albo mnie zjedzą? No i skończyłam, oddałam i miałam z głowy. Niestety koniec tej historii jest raczej śmieszny, żeby nie powiedzieć smutny, bo jakieś tydzień temu dostałam mejla, że trzeba dorobić jeszcze jedną planszę, o której przedtem w ogóle nie było mowy. HA-HA.

Rzemieślnicza robota projektowa różni się diametralnie od większości „naukowych” kierunków studiów – my nie mamy wkładać do łba setek stron liter i słów, a samemu coś z głowy wyjmować. Jeżeli akurat mamy do czynienia z rogiem obfitości, weną, lepszym humorem, praca jest łatwa i przyjemna, a satysfakcja ogromna. Natomiast jeśli jest to jeden z tych dni, kiedy gapienie się w ścianę wydaje się jedynym sensownym zajęciem, konieczność zrobienia czy wymyślenia czegoś jest niesłychaną męką i każdy zamieniłby to na wkucie kilku stron na pamięć. Oczywiście wszystko się da i osobiście wierzę w ludzką siłę przezwyciężania niesprzyjających okoliczności i zmuszania się do pewnych rzeczy, ale nie ma co ukrywać, że krew się leje po ścianach. Możliwe, że właśnie ta niestabilność, zmienność jest najbardziej uciążliwym i inspirującym aspektem pracy projektanta.


Obrazek tytułowy: Król Internet;
Rysunki: moje robocze szkice do ostatniego projektu

Serio, to jest lepsze niż LEGO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *