Syndrom Holendra

33

Stare powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje to chyba jedno z bardziej asekuranckich stwierdzeń, jakie wymyślił człowiek. Nie dyskutuje się, czyli trzeba zaakceptować te wszystkie plastikowe doniczki udające kapitel koryncki, brzoskwiniowy tynk na budynku użyteczności publicznej i altanki z OBI. Wzruszamy ramionami, w końcu komuś mogą się podobać. Polecam odwiedzić Holandię, żeby zmienić zdanie.

Mieszkając w nieznanym mieście przez pół roku nabywa się subiektywnego przekonania, że się je zna. Że zna się jego mieszkańców, ich mentalność i prawidła rządzące ich małymi ludzkimi życiami i nawet się je rozumie. Może nawet, że sami zaczynamy krakać w ten sam sposób. To swoiste doświadczenie trudno mi porównywać z jakimkolwiek innym, albowiem jest to mój kulturoznawczy debiut, ale co ciekawe zupełnie pierwsze wrażenia z pobytu w Holandii na przestrzeni tych kilku miesięcy praktycznie się nie zmieniło. Magia.

Ta magia może okazać się wcale nie tak magiczna, jeśli przeanalizujemy najbardziej widoczne holenderskie przymioty. To co najpierw rzuca się w oczy to praktycznie zupełna unifikacja otoczenia, w dobrym tego słowa znaczeniu. Wszystkie budynki są bardzo do siebie podobne, obłożone cegłą we wszelkich wariantach kolorystycznych, z dużymi oknami i o zbliżonej do siebie wysokości. Tworzy to bardzo spójną całość miejskiej architektury, której charakter nadają detale. I tak oto mamy prostą, dobrą i powtarzalną BAZĘ, na której podstawie budujemy swój design. Sam motyw okna jest przeanalizowany i przedefiniowany na milion sposobów. Widać w tym jakąś większą myśl, master plan, który obejmuje całe założenie, całe miasto, a nie tylko pojedynczy budynek. Nie wiem czy to kwestia jakichś regulacji prawnych czy po prostu ich mentalności, ale jest to genialne.

W architekturze, wystroju, czy wyglądzie ludzi na ulicach rządzi NORMALNOŚĆ. Mój holenderski nauczyciel użył kiedyś pięknego sformułowania, że Holendrzy słyną z bycia normalnym. I to jest prawda. Komunikat jest klarowny, szczery, nie próbują pokazać niczego poza obiektywną rzeczywistością. Nie istnieje obnoszenie się z bogactwem, ani jego ukrywanie, w sumie kogo to obchodzi. Trudno znaleźć budynek, który próbuje się na siłę wyróżnić, to że jest podobny do innych jest jego wartością.

Nawet na przedmieściach przeważa budownictwo wielorodzinne o niskiej intensywności. Widać w tym wielką świadomość projektową, przewidywanie kosztów i możliwe ich obniżanie. Ludzie nie mają problemu z mieszkaniem „razem”, w Polsce decydujemy się na takie rozwiązane tylko jeśli nie ma innego wyjścia – nie mamy pieniędzy na własny dom, chcemy mieszkać w centrum itp. Ale oni wcale nie są kulturowo bardziej od nas otwarci, nie ma wielkich przyjaźni międzysąsiedzkich, wspólnego przesiadywania przed domem co często widać w na południu Europy. Oni po prostu nauczyli się żyć obok siebie, nie przeszkadzając sobie nawzajem.

Nie ma ogrodzeń, płotów, murów, na niskim parterze królują gigantyczne okna, można ludziom zajrzeć do zupy. Dziwaki, nie szanują swojej prywatności. A może po prostu nie mają niczego do ukrycia, są wystarczająco pewni siebie, żeby „bezwstydnie” leżeć na kanapie i nie obawiać się wzroku przechodzących ludzi, a zależy im na maksimum światła i kontakcie z otoczeniem? Ogródki przydomowe często są po prostu zieloną przestrzenią, a nie wydzielonymi skrawkami ziemi. Jedyny brak ogrodzenia, który przyprawia mnie o ciarki na plecach to ten przy samym kanale – to że nie lądują w nim dziennie setki turystów, dzieci, rowerów i samochodów to prawdziwy lokalny fenomen.

We wszystkich ich działaniach widać nastawienie na skuteczność. Jest porządek, ale bez niemieckiego Ordnungu. Wybierają trwałe i dobre jakościowo materiały, które przetrwają lata, nie ma budowlanej fuszerki. W mieszkaniach minimalizują przestrzeń przeznaczoną na korytarze i schody, które są zwykle horrendalnie wysokie i niewygodne, by mieć więcej miejsca na pomieszczenia o ważniejszych lub przyjemniejszych funkcjach. Tak samo pracują. Nie do utraty sił, 40 dni w tygodniu, ale tyle, żeby się dobrze żyło, ale lepiej mieć więcej wolnego niż więcej kasy.

Ich dobry gust jest niewiarygodny. Nie ma problemu z wymienianymi na siłę oknami w kamienicach, malowanymi inaczej fragmentami elewacji (bo moje!), tandetnymi ozdobami, donicami itp. (będąc tutaj aż trudno uwierzyć, że takie rzeczy w ogóle mają miejsce). Rozumieją, że wygląd zewnętrzny budynku, jego otoczenie od publicznej, dostępnej dla wszystkich strony jest dobrem wspólnym i niczyja indywidualność nie powinna go niszczyć. Wewnątrz, na dziedzińcu czy ogrodzie proszę bardzo, por favor, jest miejsce nawet na rumianego krasnala.

Holandia jest na pierwszy i dwudziesty rzut oka przyjaznym miejscem do życia. Prostego, racjonalnego z widokiem na kanał. W wielu aspektach jest kulturowo zbliżona do Polski, widać jednak wszędobylski luz i brak powszechnego u nas problemu „co ludzie pomyślą”.

Te wszystkie spostrzeżenia to stuprocentowy subiektywizm polskiego imigranta, copyright by, prawdy obiektywnej proszę szukać w mądrzejszych woluminach.

a1


więcej zdjęć: https://www.instagram.com/artepretensja.pl/

Syndrom Holendra

8 thoughts on “Syndrom Holendra

  1. Mieszkanie w Holandii to moje marzenie od lat, choć może wydawać się to dziwne, bo jeszcze nigdy nie byłam tam inaczej niż „przejazdem”. Mimo to wydaje mi się, że Holandia to cudowne miejsce. Oczywiście póki co muszę uwierzyć na słowo innym i wierzyć w swoją wyobraźnię, ale mam nadzieję, że kiedyś sama przekonam się o urokach (jak również o tych gorszych stronach) Holandii. Do gry o miano faworyta wskoczyły też Włochy, więc zobaczymy jak to będzie z mieszkaniem, ale odwiedzić Holandię muszę! 🙂

    1. artepretensja says:

      Zupełnie mnie to nie dziwi, miałam to samo, kiedy przyjechałam tu pierwszy raz jakieś 6 lat temu 🙂 Teraz wróciłam i wcale nie żałuję: piękne miejsce z bardzo fajną atmosferą, musisz się kiedyś wybrać!

  2. Tak to wszystko opisałaś, że aż zapragnąłem pojechać w tej chwili do Holandii i samemu to wszystko zobaczyć! Nie pierwszy raz obserwuję, że masz piękny język i genialnie się Ciebie czyta.

    Co do samej architektury to ja akurat lubię różnorodność. W sensie – nie podoba mi się, gdy na jednej kamienicy, gdzie są dwa sklepy, każdy sobie maluje na swój kolor, ale lubię, gdy dwie różne kamienice naprawdę są różne. Fascynuje mnie też idea zrezygnowania z ogrodzeń i płotów – jestem przekonany, że sam kiedyś się na to zdecyduję, gdy będę miał swój ogród 😉

    1. artepretensja says:

      Tutaj może dwie stojące obok siebie kamienice nie są zupełnie różne, ale wariacja na temat cegły, jej kolorów, sposobów układania, okien, drzwi itp. jest niesamowita! Nie da się uwierzyć, że z tak prostych, powtarzających się elementów można stworzyć indywidualny budynek. Sama szkoła amsterdamska to tysiące takich przykładów. A za komplementa serdecznie dziękuję i kłaniam się nisko 🙂

  3. MichaelVanGerven says:

    Bezwzględna praktyczność Holendrów i umiłowanie prostych środków/rozwiązań ma lepsze i gorsze oblicza. Na wsi brakuje ziemi uprawnej.Rolnicy pracują na ugorze, piachu którego by nikt w Polsce nie tknął. Jednocześnie zrzeszają się w lokalne gildie handlowo-wytwórcze (co chwalebne) , jak i wycięli każdy skrawek lasu . Tereny rekreacyjne tworzą zwykle na rekultywowanych wysypiskach śmieci. Podzielenie ziemi dla potomków to najgorsze nieszczęście Holendra. Stąd częsty obraz na wsi to kurzarnie /świniarnie/indykarnie przemysłowe dosłownie za progiem domu mieszkalnego. Inny sposób na kumulowanie hektarów – chów wsobny. Małżeństwa między kuzynostwem to norma. Z innej bajki – Holendrzy uprawiają masowo sport i różne hobby/zloty/spotkania tematyczne – bardzo to fajne i robią to ludzie w każdym wieku. W urzędach 1 okienko , gdzie tłumaczka o azjatyckich rysach zna 10 języków i pomorze wypełnić każdy papier. Tyle po paru latach na saksach mi się nasuwa. Polska to jedno z piękniejszych miejsc na Świecie i wróciłem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *